Wszyscy jesteśmy tylko ludźmi… dopóki nie klikniesz „opublikuj” na Twitterze. W erze internetu, gdzie jedna literówka może kosztować karierę, a zdanie wyrwane z kontekstu staje się powodem globalnego oburzenia, warto zapoznać się z zjawiskiem, które wywołuje zarówno śmiech, jak i ciarki: cancel culture. Co to takiego? Krótko mówiąc, to „cyfrowe wykluczanie” kogoś, kto powiedział lub zrobił coś niewłaściwego (według opinii tłumu), zazwyczaj publicznie, a najczęściej – bardzo dawno temu. Ale spokojnie – zanim usuniesz wszystkie swoje stare posty z Facebooka, zapnij pasy i zanurz się w temat razem z nami.
Czym właściwie jest Cancel Culture?
Cancel culture (co to dokładnie?) to zjawisko polegające na bojkotowaniu osób publicznych, marek lub instytucji w odpowiedzi na ich kontrowersyjne wypowiedzi, działania lub zachowania. Często sprowadza się do publicznego wezwania, aby „anulować” daną osobę – nie kupować jej produktów, nie zapraszać do mediów, nie obserwować na TikToku i generalnie traktować jak czarnego kota na drodze kariery. Wszystko zaczyna się zazwyczaj w mediach społecznościowych, gdzie internetowa ława przysięgłych działa szybko, bezwzględnie i często na podstawie 280 znaków i mema z kaczką.
Skąd się to wzięło? Trochę historii
Choć cancel culture wydaje się tworem XXI wieku, jego korzeni można szukać znacznie wcześniej – aż u stóp antycznej agory, gdzie zbiorowość wyznaczała, kto ma rację, a kto powinien zamilknąć. Jednak prawdziwą sławę zyskało w erze internetu. Początkowo było postrzegane jako forma sprawiedliwości społecznej – sposób wywierania presji na wpływowych osobach, by ponosiły konsekwencje. Z czasem jednak przerodziło się w… cyfrowy lincz. Teraz wystarczy, że znana aktorka w młodości użyła niefortunnego określenia, a już internet zdejmuje ją z piedestału z prędkością światła.
Kto może zostać „skancelowany”?
Krótka odpowiedź? KAŻDY. Nieważne, czy jesteś celebrytą, politykiem, influencerem, czy właścicielem barbera w Pcimiu Dolnym – jeśli twoje słowa lub czyny zostaną uznane za niestosowne, możesz znaleźć się na świeczniku. Przykłady? Jest Kim Kardashian, jest J.K. Rowling, jest Bartek, który w 2010 roku napisał głupi komentarz na forum o grach – i który dziś dziwi się, że nie dostał pracy marzeń. Cancel culture nie zna litości ani terminu przedawnienia. Skanuje internet z dokładnością lepszą niż AI, żeby wyciągnąć na wierzch każdą, najmniejszą wpadkę.
Plusy i minusy – czyli czego się nauczyliśmy (lub nie)
Nie można odmówić cancel culture pewnych zalet. To dzięki niemu wiele ofiar przemocy czy molestowania uzyskało wsparcie ogółu, a niektórzy „nietykalni” musieli po raz pierwszy odpowiedzieć za swoje czyny. Jednak druga strona medalu to świat, w którym każdy boi się mówić, żartować, a nawet mieć inne zdanie. Bo co, jeśli ktoś poczuje się urażony? Co, jeśli dziś śmieszny GIF, jutro stanie się dowodem w cyfrowym śledztwie?
Żartuj, ale ostrożnie – wpływ cancel culture na humor (i nie tylko)
Cancel culture, co to robi z naszym poczuciem humoru? Otóż głęboko je analizuje, rozkłada na czynniki pierwsze i ocenia w skali od 1 do „to obraża kaktusy!”. Komicy przestają używać niewinnych żartów, scenarzyści rezygnują z kontrowersyjnych wątków, a przeciętny użytkownik social mediów śmieje się tylko do wewnątrz – i to jeszcze cicho. Ograniczenie swobodnej wypowiedzi może prowadzić do autocenzury, a ta – no cóż – nie sprzyja ani kreatywności, ani autentyczności.
Publiczne przeprosiny jako nowa gałąź PR-u
W erze cancel culture kwitnie nowy rodzaj sztuki – sztuka przepraszania. Publiczne przeprosiny stały się nieodłącznym elementem internetowej geopolityki. Każdy celebryta ma w szufladzie gotowy szablon: „Jestem głęboko poruszony tym, jak moje słowa mogły zostać odebrane…”. Przeprosiny publikowane o 3 nad ranem z wyłączonymi komentarzami to nowy standard. A jeśli są dobrze napisane (najlepiej przez prawnika i eksperta od kryzysowego PR-u), istnieje szansa na rehabilitację. Choć nie zawsze – czasem i tak dostajesz cyfrowy ban na wieczność.
Cancel culture to zjawisko, które fascynuje, przeraża i bawi jednocześnie. Z jednej strony – zmusza do refleksji nad słowami i czynami, z drugiej – przypomina cybrnetyczną wersję średniowiecznego stosu. Niezależnie od tego, czy jesteś fanem tej praktyki, czy jej przeciwnikiem, jedno jest pewne – warto wiedzieć, z czym ma się do czynienia i jak łatwo można się znaleźć po niewłaściwej stronie hashtagu. A zanim wrzucisz kolejny żart do internetu – może przeczytaj go jeszcze raz. Albo dwa.
Zobacz też: https://magazynkobiecy.pl/cancel-culture-co-to-jest-i-jak-wplywa-na-spoleczenstwo/